poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Czy kubeczek menstruacyjny rzeczywiście jest taki strasznie ekologiczny?

Okej, przyznaję od razu, że tytuł tego posta jest bardzo clickbaitowy. Tak, kubeczek jest bardzo ekologiczny — bardziej ekologiczne jest tylko niemiesiączkowanie w ogóle. (Choć wiem, że jeśli jest ono spowodowane antykoncepcją hormonalną, wtedy ktoś by się przyczepił z kolei, że "ale ale przecież hormony w moczu" — to jest temat na osobny post).

W dzisiejszym poście tak naprawdę chciałabym pozastanawiać się głośno nad dwiema rzeczami:


1) Czy podpaski i tampony to rzeczywiście tak ogromny problem ekologiczny?
2) Co by było, gdyby kubeczek nie był ekologiczny?


Na co dzień roztrząsanie ekologiczności kubeczka nudzi mnie śmiertelnie (tak, tak, jest ekologiczny, zieeeew, czy możemy teraz porozmawiać o dużo bardziej interesujących kwestiach?). Robię w końcu wyjątek, bo układałam tego posta w głowie bardzo długo (choć napisany czekał na publikację kilka tygodni), a ostatecznie popchnęło mnie do niego pojawienie się nowego produktu i reakcja internetów na tę nowość — ale o tym poniżej.


1) Czy podpaski i tampony to rzeczywiście tak ogromny problem ekologiczny?

Na polskich stronach często mówi się, że owszem, i dla potwierdzenia chętnie linkuje się do strony miesiaczka.com i do bloga EkoKobiety, ale to nie są bezstronne, stuprocentowo godne zaufania źródła. Miesiaczka.com to serwis prowadzony przez producenta wielorazowych podpasek Naya, a EkoKobieta to polski dystrybutor Mooncupa. W ich interesie jest więc przerysowywanie wpływu, jaki wywierają na środowisko kobiece środki higieniczne. (Swoją drogą cztery z siedmiu podawanych przez EkoKobietę źródeł to linki do miesiaczka.com).

O ile się nie mylę, obecnie największym zagrożeniem dla planety (a właściwie dla nas, bo planeta przetrwa wszystko) jest globalna zmiana klimatu i powstrzymać lub ograniczyć ją możemy głównie poprzez ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Jeśli jednak ktoś przykładowo nie chce zrezygnować z jeżdżenia do pracy samochodem na rzecz integrowania się z "motłochem" w środkach komunikacji miejskiej, to musi znaleźć jakiś inny sposób udowodnienia swojej wyższości i wysokiej świadomości ekologicznej. Hmm może zacznę używać kubeczka? Wtedy przestanę produkować odpady tak jak te wszystkie inne kobiety zaśmiecające Ziemię tonami podpasek i tamponów, fuj.
Oczywiście produkcja podpasek i tamponów oraz ich transport do sklepów, do konsumentek i wreszcie na wysypisko też wiążą się ze zużyciem energii i wody. Ale czy słyszałaś kiedyś apel, żeby kobiety zużywały mniej tych środków, bo stanowią one większość wyrzucanych odpadów albo są pod innym względem najbardziej problematyczne? Ja nigdy, i nie wydaje mi się, żeby zajmujące się tym tematem organizacje nie mówiły o o tym, żeby oszczędzić nasze delikatne kobiece uczucia. Myślę, że nie mówi się o tym raczej dlatego, że te "kobiece" śmieci to zaledwie 0,5% (słownie: pół procent) wyrzucanych śmieci. (A to i tak są amerykańskie statystyki — w warunkach polskich odsetek mógłby być jeszcze mniejszy, bo w Polsce częściej sprzedawane są tampony bez aplikatorów). Czyli jest to praktycznie tyle co nic — ale tego nie powie Ci producent ekologicznych środków, bo lepiej nastraszyć Cię ogromnymi liczbami albo takimi zdjęciami jak to poniżej.

Źródło

Granie na emocjach dużymi liczbami to wyjątkowo tani chwyt — ludzi jest dużo, więc i liczby zużywanych produktów są wysokie. Składowiska odpadów są też bez wątpienia bardzo nieestetyczne. Niemniej o ile mi wiadomo, nie są bardzo problematyczne z punktu widzenia środowiska, dopóki jest na nie miejsce, a w Polsce na brak miejsca raczej nie narzekamy.


Dużo uciechy dostarczają mi też tego typu grafiki:

Źródło
Wybaczcie, ale zacznę się przejmować tymi statystykami, kiedy ktoś rozłoży podpaski i tampony po całym Londynie albo ułoży je wokół kuli ziemskiej.



Źródło

Jakie imponujące, duże liczby! Naprawdę czuję się przekonana.


Inne pytanie, które warto sobie zadać, to: ile jest innych przedmiotów, których produkcja i transport pochłania zasoby, ale które kupujemy, mimo że nie są nam niezbędne do przetrwania? Używanie środków higienicznych pozwala kobietom prowadzić normalne życie — czyżby to nie była ogromna wartość sama w sobie, usprawiedliwiająca ich używanie i wyrzucanie?

Część osób zapyta jeszcze: ale co z podpaskami i tamponami, które trafiają do wód i zagrażają zwierzętom, przykładowo ponieważ aplikatory (i inne małe kawałki plastiku) są często przez nie połykane? Tutaj odpowiedź jest prosta: te przedmioty w ogóle nie powinny trafiać do kanalizacji. Pisałam o tym już w tym poście — powoduje to ogromne koszty finansowe dla nas wszystkich. Kiedy będą trafiać na wysypisko tak jak powinny, ten problem nie będzie istniał.


2) Co by było, gdyby kubeczek nie był ekologiczny?

Innymi słowy: czy naprawdę każda z nas MUSI brać pod uwagę ekologię przy wyborze środka higienicznego? Menstruacja to nie jest jakiś wybór, którego dokonujemy. Żadna z nas nie budzi się rano, myśląc "Hmm wiem, że to jest bardzo nieekologiczne, ale chyba w tym miesiącu pokrwawię sobie trochę! Należy mi się coś od życia!". Dla wielu kobiet miesiączka to poważne utrudnienie w codziennym życiu lub w najlepszym razie duża niedogodność. Za nami są całe stulecia różnego rodzaju dyskryminacji z jej powodu — i minie ich jeszcze trochę, zanim będziemy mogły wchodzić do wszystkich budynków i nikt nie będzie podważać naszych kompetencji w tym czasie. Praktycznie nic więc nie zyskujemy, miesiączkując — a nieraz wręcz dużo tracimy. I nawet w tym momencie nie mamy prawa do egoizmu. Zawsze można przełożyć czyjeś potrzeby nad naszymi. Jak nie mężczyzna/dzieci/zwierzęta, to planeta — zawsze coś się znajdzie. Oczywiście każda kobieta ma prawo do własnych poświęceń, ale jakie ma prawo do narzucania ich innym kobietom?
Wypominanie kobietom, ile śmieci produkują w tym czasie, to moim zdaniem też kolejna forma stygmatyzowania okresu; pokazywania, jak brudna jest menstruacja. Wiele osób promujących wielorazowe środki stwarza pozory troski o kobiety, ale nie jest to troska bezwarunkowa. "Miesiączka to piękne wydarzenie i powinnaś ją celebrować! Chyba że używasz standardowych podpasek i tamponów — wtedy powinnaś się wstydzić, bo produkujesz przecież tyyyyle śmieci!". To wypominanie byłoby może do wybaczenia, gdyby kobiece śmieci były zagrożeniem dla planety — ale jak wyjaśniłam powyżej, nie są. Demonizuje się jednak ich wpływ na środowisko, ponieważ wzbudzanie w kobietach poczucia winy to sposób na zdobycie klientek.

Źródło
Grafika powyżej to idealny przykład na to, o czym mówię. Rozbawiło mnie też to, że z podpasek na wysypisku wyciekają "chemiczne toksyny". Czyżby trzeba było dbać o pozostałe znajdujące się na na wysypisku odpady i chronić je przed "toksynami" z podpasek? (W sumie nie odziedziczyliśmy tych śmieci po naszych przodkach, tylko pożyczyliśmy je od naszych dzieci, czy jakoś tak...)



Inna rzecz, która mnie zastanawia, jest następująca: wynika z tego wszystkiego, że najbardziej powinny się wstydzić ilości produkowanych śmieci te kobiety, które mają najbardziej obfite miesiączki. Logiczne, prawda? Tyle tylko, że obfitość miesiączki, podobnie jak sam fakt jej występowania, nie jest kwestią osobistego wyboru. Najbardziej obfite miesiączki mają często kobiety cierpiące na schorzenia ginekologiczne — endometriozę, mięśniaki macicy itp. Niektóre kobiety muszą zmieniać najbardziej chłonne tampony nawet co godzinę lub dwie — czy rzeczywiście mamy prawo pouczać je o ekologii? Nie wystarczy, że tak obfita miesiączka to duża niedogodność, obciążenie dla zdrowia i nieraz kilka dni praktycznie wyjęte z życia? Czy one nie mają prawa do odrobiny zdrowego egoizmu, troski o własny komfort? Żadna z nich nie stara się mieć bardziej obfitej miesiączki, żeby, bo ja wiem, zaimponować innym kobietom albo pobić jakiś osobisty rekord (nawiązując do słynnego eseju If Men Could Menstruate).

I jeszcze inna sprawa: co z kobietami, u których występuje wyjątkowo nieszczęśliwe połączenie — niska szyjka + obfita miesiączka? Choćby wyszły z siebie, i tak nie uda im się uzyskać 12 czy nawet 10 godzin, tak żeby chociażby nie musieć go opróżniać w pracy i móc spokojnie przespać noc. Czy kiedy pojawi się jakiś nowy innowacyjny środek higieniczny, który tej grupie też zapewni wiele godzin spokoju, to nie będą mogły go używać, jeśli będzie nieekologiczny? Na jakiej zasadzie mamy prawo im to odradzać? One też mają życie, zainteresowania i ambicje i niekoniecznie muszą chcieć cały dzień zajmować się swoim układem reprodukcyjnym.

I jeśli już mamy do tych dwóch grup kobiet pretensje o ilość zużywanych środków, to może jeszcze zacznijmy zawstydzać kobiety w połogu? ("Wiem, że wydałaś człowieka na świat, ale może mogłabyś trochę mniej krwawić? W końcu musimy ratować planetę. Z góry dzięki!")


Można się na koniec zastanowić nad takim scenariuszem: załóżmy, że kubeczek jednak nie jest ekologiczny. Powiedzmy, że jakimś cudem jego używanie generuje więcej odpadów niż podpaski i tampony — ale w dalszym ciągu pozwala kobietom chronić zdrowie, poczuć się bardziej komfortowo i oszczędzić pieniądze. Co wtedy? Czy trzeba z niego zrezygnować, bo te inne aspekty są mniej warte? Ponownie: jakie miałybyśmy prawo mówić innym kobietom, żeby np. w dalszym ciągu przechodziły infekcję za infekcją, bo "kubeczki zanieczyszczają planetę"? Albo jak możemy wycenić czyjś komfort i powiedzieć, że nie jest on wart tego, żeby wyprodukować trochę więcej śmieci? W końcu nie wiemy, jak to jest istnieć w ciele innej kobiety.


Nieszczęsne ochraniacze na palce

Źródło


Wracając do kwestii, która ostatecznie zmusiła mnie do napisania tego posta: producent LadyCupa zaczął sprzedawać LadyProtectors, czyli swoją własną markę ochraniaczy na palce, pomagających używać kubeczka bez brudzenia rąk, np. przy długich paznokciach. W społecznościach "kubeczkowych" podniosło się oburzenie, że jak to? Przecież to jest NIEEKOLOGICZNE i w ogóle zupełnie zbędny gadżet.
Widać było, jak trudno jest nam zrozumieć, że inny człowiek jest zupełnie... no cóż, inny. Przykładowo osoby, które same mają długie paznokcie i nie mają problemów z zachowaniem higieny przy używaniu kubeczka, nie mogły zrozumieć, że inne osoby z długimi paznokciami mogą mieć trudności. Gdyby to była jedyna sytuacja, w której ktoś wrzuca wszystkie kobiety do jednego worka, oczywiście nie byłoby problemu. Regularnie widzę jednak wypowiedzi, z których wynika, że ktoś kompletnie nie bierze pod uwagę indywidualnych różnic między poszczególnymi jednostkami — zarówno różnic anatomicznych, jak i różnic w stylu życia czy podejściu do kwestii okołomenstruacyjnych. Każda kobieta musi jednak ocenić sama, czy dany gadżet jest jej zbędny, czy nie — ona zna siebie i swoją sytuację najlepiej.


Rozśmieszył mnie też argument, że te osłonki kończą jako śmieci na wysypisku — są co prawda bardzo małe i niewiele kobiet będzie ich używać, ale hej, na pewno znacznie zwiększą rozmiary wysypisk. Jak zwykle też zapominano, że nie każdy jest zainteresowany kubeczkami ze względów ekologicznych — a wtedy nie ma powodu, żeby nie kupić wszystkich akcesoriów, na jakie mamy ochotę.
Fascynuje mnie ten obowiązkowy minimalizm — nie wystarczy, że kobieta zaczyna używać kubeczka i rezygnuje z podpasek i tamponów. O nie, zawsze można zrobić więcej! Powinna też nie używać jednorazowych wkładek higienicznych, osłonek na palce, szczoteczek do czyszczenia otworów — w końcu można przeżyć bez nich. Najlepiej niech też nie używa chusteczek do higieny intymnej po opróżnieniu kubeczka — w końcu nikt jeszcze nie umarł od odrobiny krwi miesiączkowej na zewnętrznych narządach płciowych. Co tam powiada? Że chusteczki dają jej większy komfort? Uch, co za egoistka! Czy ona nie wie, że nasza planeta umiera i każda użyta chusteczka to gwóźdź do jej trumny?
Musi być wszystko albo nic — menstruacyjny radykalizm.

Moim zdaniem jesteśmy jednak dużo bardziej skomplikowani. Każdy człowiek jest inny. Każda kobieta ma prawo używać kubeczka tak jak chce — każda kobieta ma inny styl życia i może potrzebować różnej liczby kubeczkowych gadżetów. Ba, może nawet nie do końca ich potrzebować, ale i tak chcieć ich używać. To wszystko nie musi być aż tak cierpiętnicze. (Gdyby ktoś chciał mnie posądzić teraz o stronniczość, informuję, że w moim sklepie jest bardzo niewiele dodatkowych gadżetów i nie planuję tego zmieniać; w tym nie planuję dodawać do sklepu LadyProtectorów).


TL;DR

Jeśli używasz podpasek i tamponów, nie musisz się przejmować, że niszczysz planetę. Robimy w tym kierunku dużo gorsze rzeczy :-) Warto spróbować kubeczka, bo ma masę innych zalet, ale nie musisz się dawać zawstydzać osobom, które próbują Ci zagrać na emocjach zdjęciami wysypisk śmieci i ogromnymi liczbami.

Jeśli uważasz, że nie musisz się interesować aspektem ekologicznym środków higienicznych, w porządku. W końcu nikt się Ciebie nie pytał, czy chcesz miesiączkować. I co więcej, to nie menstruacja zagraża naszej planecie.
A jeśli absolutnie bierzesz ten aspekt pod uwagę? Też w porządku! Problemy zaczynają się dopiero, jeśli zapominasz, że inne kobiety są (i mają prawo być) inne.



Disclaimer

Na koniec chciałabym zaznaczyć, że piszę tego posta jako osoba, która prywatnie jest skończonym ekoświrem. Też mam miękkie serduszko i też chciałabym uratować cały świat ;-) Uważam jednak, że przesadne nadmuchiwanie kwestii, które w rzeczywistości nie są dużym zagrożeniem, odwraca naszą uwagę od realnych problemów. Do ekologii też powinno się podchodzić racjonalnie.

środa, 17 czerwca 2015

Nie daj się nabrać na detoks i toksyny


Dzisiaj odchodzę trochę od tematu kubeczków menstruacyjnych. Potrzebuję jednak zebrać w jednym miejscu podstawową wiedzę i parę dobrych linków na pewien temat. Słów "detoks" i "toksyny" nie znoszę bowiem prawie tak bardzo jak słowa "naturalny".

Od czego by tu zacząć? Może po prostu od tego, że kiedy ktoś mówi Ci, że coś "zapewnia detoks organizmu" albo "usuwa toksyny", to znaczy to, że ta osoba nie ma pojęcia, o czym mówi, i możesz ją zignorować. Poniżej wyjaśniam dlaczego.





źródło


O detoksie

Jest coś takiego jak detoks — ale tylko i wyłącznie w kontekście wychodzenia z nałogu narkotykowego czy alkoholowego. Nie ma czegoś takiego jak detoks, który sama możesz sobie zafundować poprzez dietę, suplementy, kosmetyki, masaże, ssanie oleju (sic!), szczotkowanie ciała itp. Wątroba i nerki to Twoje sposoby na detoks. A jeśli podejrzewasz, że nie pracują tak jak trzeba i potrzebujesz usunięcia z organizmu szkodliwych substancji, musisz natychmiast zgłosić się do szpitala — nie rozwiążesz tego problemu bez pomocy lekarzy.
 To samooczyszczanie organizmu to też proces zachodzący stale — organizm nigdy nie kończy tego procesu (a właściwie kończy go dopiero śmierć, że tak dodam wesoło). Stale mamy w organizmie substancje, których potrzebujemy się pozbyć, i stale się ich skutecznie pozbywamy. Pomysł, że można by raz na jakiś czas kompletnie się oczyścić, jest więc śmieszny.
Jedyny wyjątek od tej reguły to szkodliwe substancje rozpuszczalne w tłuszczach. Organizm przechowuje je w tkance tłuszczowej, żeby się przed nimi chronić, i nie pozbędziemy się ich, choćbyśmy pili nie wiem ile wody. Są uwalniane dopiero, kiedy tkanka tłuszczowa jest spalana. Jeśli wierzyć książce "Toxic Fat: When Good Fat Turns Bad", jeśli traci się tę tkankę powoli, wątroba jest w stanie przekształcić te substancje na rozpuszczalne w wodzie i są usuwane z organizmu — ale jeśli dzieje się to zbyt szybko, te substancje wędrują do innego miejsca bogatego w tłuszcz, mianowicie do mózgu (ups!). Warto też pamiętać, że fakt, że jakaś substancja jest magazynowana w organizmie, nie oznacza automatycznie, że jest dla nas zagrożeniem.

Skoro jednak detoks to bzdura, dlaczego tyle osób wierzy, że jest on możliwy? Pierwsze nasuwające się wyjaśnienia to:
  • Zarówno "detoks", jak i "toksyny" to profesjonalnie i naukowo brzmiące słowa — kto by więc to kwestionował? Lepiej powtarzać te mądrości bezkrytycznie.
  • Jest wiele osób i firm, którym zależy, żebyś wierzyła w detoks i toksyny. Chcą Twoich pieniędzy czy chociażby Twojej uwagi i mają dużą motywację, żeby przekonywać Cię, że Twoje ciało jest brudne, pełne toksyn, których nie możesz się sama pozbyć i z których potrzebujesz się oczyścić — zainwestują więc wiele czasu i pieniędzy we wmawianie Ci tego. I nie są to tylko firmy oferujące suplementy diety, "naturalne" kosmetyki czy egzotyczne superfoodsy, ale też blogerzy piszący na temat ekologii, zdrowego odżywiania, fitnessu itp.
  • W aptekach dostać można produkty, które mają w nazwie słowo "detoks", co sprawia, że cały koncept wydaje się wiarygodny. W aptece nie sprzedawaliby byle czego, prawda? Niestety jeśli w to wierzysz, jesteś w błędzie — to jest temat rzeka na osobny post (a właściwie nawet całego bloga), ale w aptekach sprzedaje się masę śmieci.
  • Z punktu widzenia pop-psychologii (a może nawet prawdziwej psychologii) ten mit o tyle ma sens, że dostarcza wroga (toksyny), z którym można walczyć (detoks), w dodatku samodzielnie (czyli mam kontrolę nad swoim zdrowiem, nie potrzebuję pomocy lekarzy). Nic dziwnego, że jest atrakcyjny dla tylu osób — potrzebujemy mieć wrogów, potrzebujemy mieć jakąś misję i potrzebujemy czuć, że mamy nad czymś kontrolę. Ostatnio sporo się też mówi o tym, że jedzenie zaczyna się stawać religią — z tego punktu widzenia toksyny to kara za "grzechy", czyli odstąpienia od "czystej" diety, a detoks jest sposobem na odkupienie.
  • Stron promujących detoks jest o wiele więcej niż tych walczących z pseudonauką. Rozbicie mitu detoksu to też materiał na jeden, może kilka postów — jest tak absurdalny, że nawet nie ma za bardzo o czym dyskutować. Z kolei promować detoks można w niezliczonych postach kulinarnych, lifestylowych, urodowych... Wszędzie można wspomnieć, że coś usuwa toksyny — w końcu trzeba wypluć z siebie sporo słów, żeby w ogóle był z tego post, a nie tylko status na FB.





O toksynach

Toksyna to, ściśle rzecz biorąc, szkodliwa substancja chemiczna, ale wytwarzana przez organizmy żywe, więc np. jad kiełbasiany. Inne substancje (te bardziej syntetyczne) też mogą być szkodliwe, ale są to wtedy toksykanty, a nie toksyny. Zarówno toksyny, jak i toksykanty są szkodliwe tylko:
  • W pewnej konkretnej dawce. W przypadku absolutnie każdej substancji można mówić jedynie o szkodliwej dawce — nawet woda ma śmiertelną dawkę
  • W przypadku konkretnego zastosowania. Przykładowo mimo że można się zatruć jadem kiełbasianym drogą pokarmową, to jednak w formie zastrzyku może on być równie dobrze lekarstwem, np. na migrenę.
Ludzie trujący Ci o detoksie nigdy jednak nie precyzują, jakie "toksyny" mają na myśli. To zawsze są po prostu "toksyny" i ich usunięcie zawsze ma wyleczyć najróżniejsze problemy zdrowotne. Nigdy nie jest podane:
  • Jaka substancja i w jakiej dawce powoduje jaki problem?
  • Jaką drogą dostała się do organizmu?
  • W jaki sposób dany rodzaj detoksu ma ją usunąć z organizmu? 
  • Jakie badania potwierdzają, że to usunięcie rzeczywiście zachodzi?
  • W jaki sposób można sprawdzić, czy rzeczywiście dana substancja znajduje się w naszym organizmie i czy to na pewno ona wywołuje u nas dany niekorzystny objaw lub dane schorzenie?
A dlaczego nie ma tych informacji? Bo producent czy bloger sam takich informacji nie ma. Gdyby to było doprecyzowane, łatwo można by pokazać, że produkt nie robi żadnego "detoksu". A po co narażać się na ryzyko racjonalnej dyskusji i krytyki, już nie mówiąc o stracie klientów czy czytelników, skoro można ich po prostu nastraszyć groźnymi "toksynami"?

źródło



Jak żyć?

Plus świadomości, czym są detoks i toksyny (a raczej czym nie są), jest taki, że pozwala ona zidentyfikować zarówno oszustów próbujących zrobić Twojemu portfelowi detoks z toksycznych pieniędzy, jak i niekompetentne osoby pozujące na ekspertów dla podniesienia własnego ego czy nabicia sobie liczby postów. Bardzo rzadko widzę bowiem, żeby to była jedyna bzdura powtarzana przez kogoś — zwykle przeglądając dany blog czy portal, gdzie pojawiają się te pojęcia, można grać w pseudoscience bingo.
Minus jest taki, że może to zmusić do znacznego zredukowania listy blogów czy fanpejdży, na które zaglądamy. Bo na ile bzdur można przymknąć oko, zanim głowa nie zacznie boleć od przewracania oczami?



TL;DR

Twoje ciało nie jest brudne i wypełnione "toksynami", których nie może się samo pozbyć. Można to porównać z mitami na temat kobiecych narządów płciowych — tak samo jak pochwa nie jest siedliskiem brudu i zarazków i sama się oczyszcza, tak samo cały organizm świetnie sobie radzi bez zewnętrznej interwencji. (A w tych przypadkach, kiedy sobie nie radzi, potrzebujesz pomocy lekarza, a nie herbatki na detoks). Jest jednak wiele firm, których zyski zależą od tego, żebyś wierzyła, że potrzebujesz być "czystsza". Firmy straszące Cię toksynami działają na takiej samej zasadzie jak firmy sprzedające produkty do irygacji pochwy — najpierw trzeba Cię przekonać, że jesteś siedliskiem szkodliwych substancji, a potem już prosto jest Cię nakłonić do kupienia czegoś, co pomoże Ci się oczyścić. W końcu która z nas chce być brudna, "pełna toksyn"? Kiedy więc słyszysz słowa "detoks" i "toksyny", zastanów się, co próbuje Ci się w ten sposób sprzedać.
"Niekomercyjne" używanie tych słów także mnie jednak drażni — bo używanie słów, które nic nie znaczą, i wmawianie sobie i innym bzdur to nie jest jakiś powód do dumy, tylko dowód naszej niewiedzy i bezmyślności. Dodatkowo powtarzanie tych mitów zwiększa ich wiarygodność i pośrednio zwiększa zyski osób dorabiających się na ludzkiej naiwności. Jeśli więc ktoś mówi Ci o toksynach, każ mu wymienić chociaż jedną i patrz, jak się miota, próbując wymyślić odpowiedź.
I wracając do tematu kubeczków, są one lepsze od tamponów i podpasek, ale nie dlatego, że tradycyjne środki zawierają jakieś tajemnicze "toksyny", z których Twoje ciało musi się potem oczyścić przez jakiś "detoks". Po zestawienie realnych zalet kubeczka zapraszam tutaj — jest ich mnóstwo i nie ma potrzeby zmyślania nieistniejących.


Dodatkowa lektura

Przykładowe polskojęzyczne źródła są poniżej. Z przykrością stwierdzam, że podobnie jak w przypadku tematów związanych z kobiecą anatomią, anglojęzyczne są lepszej jakości. Z polskich najbardziej polecałabym ten na Styl.pl, ponieważ tylko tam zadano sobie trud porozmawiania także z polskimi specjalistami i zagłębienia się nieco bardziej w temat. Także tekst Klubu Sceptyków Polskich jest godny polecenia.




Dobre anglojęzyczne teksty są poniżej (wiele podaje też dodatkowe linki):




środa, 20 maja 2015

Znane twarze w reklamach tamponów — czy naprawdę jest się czego wstydzić?

Pocieszając się po obejrzeniu finału Mad Men (uwaga na spoilery w tym poście), wspominałam m.in. odcinek, w którym Sally Draper dostaje pierwszą miesiączkę ("Commissions and Fees"). Na Nursing Clio znalazłam bardzo ciekawy post dotyczący m.in. tego odcinka: See Sally Menstruate. Autorka posta zauważa, jak znaczące jest to, że w Mad Men znalazło się krótkie ujęcie bielizny ze śladami krwi miesiączkowej. Zupełnie tak, jakby... krew miesiączkowa mogła być pokazywana na ekranie tak samo jak zwykła krew!



Poruszony został też temat eufemizmów w reklamach tamponów i podpasek i tak oto dowiedziałam się, że pierwszy raz słowo "okres" zostało wypowiedziane w amerykańskiej telewizji dopiero w 1984 r., w reklamie tamponów Tampax z Courteney Cox. (Do 1983 r. jakiekolwiek wzmianki na tego typu tematy były zabronione jako "nieprzyzwoite"). I zanim się obejrzałam, oglądałam inne reklamy tamponów z udziałem sławnych kobiet.


(Wiem, że wiele źródeł podaje, że reklama z Courteney jest z roku 1985, ale myślę, że to musiało być rok wcześniej — w wywiadzie z McCann, od tej pory w fanfiction w mojej głowie Peggy Olson będzie mieć swój udział w tworzeniu reklamy z Courteney, oczywiście już nie jako head copywriter, tylko dyrektor kreatywny i wspólnik ze swoim nazwiskiem w nazwie firmy (albo name partner, jak kto woli).


The Forecast

Lost Horizon



Wracając jednak do reklam tamponów, mniej więcej sprzed 30 lat jest też reklama Tampax z Naomi Watts:




W 1991 do Courteney i Naomi dołączyły Neve Campbell...:



...oraz Natalia Oreiro:



Moim zdaniem źródłem lekkiego zażenowania w tych czterech spotach mogłyby być takie kwestie jak fryzury — no cóż, to były lata 80. i wczesne 90. ;-) Jednak standardowy sposób pisania o udziale aktorek w tych reklamach to podkreślanie tego, że sam fakt reklamowania tamponów to plama na honorze: "Please prove us wrong, but we think there's nothing more embarrassing for an actor than starring in a commercial about tampons", "Reklamy tamponów i klapa za klapą - to 15 pierwszych lat kariery Naomi Watts" itp.

Read More: Celebrity Commercials From Before They Were Famous | http://screencrush.com/celeb-commercials-before-they-were-famous/?trackback=tsmclip
Tylko czy naprawdę ktoś powinien czuć zażenowanie z powodu wystąpienia w reklamie tamponów? Nie podejrzewam, żeby Serena Williams wstydziła się swojego spotu nakręconego w roku 2009, czyli całkiem niedawno:





Demi Lovato też ma kampanię z Tampax, jeszcze świeższą, bo z zeszłego roku:
Źródło
Pierwsze cztery aktorki nakręciły swoje reklamy, zanim zostały sławne, ale Serena i Demi są już znane, a mimo to użyczają swojego wizerunku. Zupełnie, jakby... nie było się czego wstydzić? 


Moja propozycja to: weźmy przykład z Sereny i Demi i spójrzmy na sprawę racjonalnie — to tylko tampony i to tylko okres. Krew miesiączkowa to nie jest jakaś toksyczna maź. Dorośnijmy więc może już teraz, bo nie chcę za X lat przeczytać, że jakaś znana kobieta powinna się wstydzić wystąpienia w reklamie kubeczka menstruacyjnego.

piątek, 17 kwietnia 2015

Czy mogę wyrzucić tampon do toalety?

Nie, nie możesz.



Źródło


A raczej: możesz, ale nie powinnaś — ani tamponów, ani podpasek/wkładek nie powinno się spłukiwać w toalecie. Do napisania tego posta zainspirowała mnie wyczytana przy okazji innego tematu informacja, że spłukiwanie różnych nienadających się do spłukiwania odpadów (m.in. właśnie tamponów) powoduje ogromne szkody w sieci kanalizacyjnej — podana została astronomiczna suma 18 mln dolarów rocznie dla samego Nowego Jorku i udało mi się znaleźć jej potwierdzenie w NYMag. Jeśli chodzi o polskie realia, wygląda to podobnie: kosztuje nas to kilkaset mln zł rocznie. Trafiłam też na kwotę 400 tys. zł rocznie dla Łodzi. Bez wątpienia usuwanie tego typu szkód zawsze jest kosztowne — na pewno na tyle, że warto jest — jak widać na dole posta — robić kampanie informacyjne uczące, czego nie można spłukiwać w toalecie.

A dlaczego nie można ich spłukiwać? Ponieważ sieć kanalizacyjna nie radzi sobie z takimi odpadami. Powstają zatory w rurach (które trzeba usuwać) i dochodzi do uszkodzeń urządzeń w oczyszczalniach ścieków (które trzeba naprawiać lub nawet wymieniać). To wszystko jest kosztowne: pół biedy, jeśli koszt ponosi pojedyncza osoba, która musi wezwać hydraulika — gorzej, jeśli inni też muszą ponosić koszty cudzej bezmyślności, ponieważ wzrastają koszty odprowadzania ścieków.

Przejdźmy może po kolei przez wszystkie argumenty, które można znaleźć w internetach:

  1. Przecież są bawełniane i rozpuszczą się w wodzie — być może, ale nie aż tak łatwo i szybko jak papier toaletowy (możesz to zobaczyć na powyższym filmiku). I to przy założeniu, że tampon jest rzeczywiście stuprocentowo bawełniany — wiele marek używa też syntetycznych włókien. Tampon z założenie ma być wytrzymały — nikt nie chciałby ich używać, gdyby po pociągnięciu sznureczka okazywało się, że połowa tamponu jest na zewnątrz, a połowa została w środku, bo tampon tak łatwo się rozpada. Tampon jest też zaprojektowany tak, aby chłonął płyny, i mocno nasiąka wodą — a rury kanalizacyjne są wąskie i nie jest trudno je zapchać.
  2. Przecież są bardzo małe — to nie ma znaczenia. Nawet nić dentystyczna i patyczki higieniczne stwarzają problemy, bo są odpadami stałymi i nie rozpuszczą się — a co dopiero większe przedmioty takie jak tampony.
  3. Przecież spłukuję je często i nic się nie dzieje — to, że Ty nie widzisz problemu, nie znaczy, że on nie istnieje. To, że na początkowym odcinku tampon nie spowoduje problemu, nie zmienia faktu, że może spowodować blokadę lub uszkodzenie maszyny na dalszym odcinku — o których nie usłyszysz, ale za które zapłacisz (Ty i inni użytkownicy sieci).
  4. Przecież na opakowaniu jest napisane, że nadają się do spłukiwania / Przecież na opakowaniu nie ma ostrzeżenia, że nie powinno się ich spłukiwać — no cóż, to nie producenci tych wyrobów ponoszą koszty usuwania szkód. Klienci chcą wygody i oni im tę wygodę dostarczają... przynajmniej pozornie. Dla producenta "flushable" może też oznaczać tylko to, czy nie sprawi problemów na początkowym odcinku — bo problemów na dalszym odcinku nie widzą użytkownicy; z ich punktu widzenia produkt rzeczywiście dał się spłukać. Co więcej, producenci niekoniecznie muszą się konsultować z odpowiednimi instytucjami czy ekspertami w trakcie opracowywania informacji na opakowaniu (chociaż jak widać, powinni) — nie ma ustalonych standardów ani testów, które produkt musi przejść, zanim producent będzie mógł legalnie podać taką informację na opakowaniu.
  5. Przecież to nie jest najbardziej problematyczny spłukiwany przedmiot — to prawda, często wymienia się jako najbardziej problematyczne nawilżane chusteczki i patyczki higieniczne. Nie zmienia to jednak faktu, że tampony nie są bez winy. Co więcej, kiedy już jedna osoba wyrzuci coś, co zaczepia się o powierzchnię rury, każdy kolejny "mały" przedmiot zaczepia się o ten pierwszy i w efekcie powstaje blokada.
  6. Nie chcę patrzeć na zużyty tampon, wolę go spłukać niż zawijać w papier toaletowy/plastik i wyrzucać — nikt nie chce na nie patrzeć. Jeśli jednak sama się tym nie zajmiesz, zmuszasz do patrzenia na nie Bogu ducha winnych pracowników kanalizacji (nieraz nawet usuwania ich ręcznie! no popatrz, jaki smutny jest ten pan), hydraulików, a czasem nawet "cywili". Ponownie, problem może przestaje być widoczny dla Ciebie, ale nie znika — przenosisz jedynie ten nieprzyjemny obowiązek na kogoś innego. 

Nikt nie twierdzi oczywiście, że to wyłącznie miesiączkujące kobiety są odpowiedzialne za problemy z kanalizacją — środki higieny menstruacyjnej są jednak wymieniane bardzo często, jak możesz zobaczyć na liście poniżej. Podając ponownie przykład zagraniczny, w New Jersey stanowią one ok. 18% problematycznych przedmiotów spłukiwanych w toalecie. Poniżej linkuję więc do przykładowych "apeli", artykułów i kampanii społecznych przygotowanych w różnych miastach/gminach (kolejność alfabetyczna). Nie sądzę, żeby osoby odpowiedzialne za kanalizację próbowały ograniczać "wolność" obywateli dla własnej frajdy.

(Linkuję tylko do tych miejsc, gdzie wymienione były konkretnie tampony lub podpaski — na niektórych stronach mówi się o "innych środkach higieny osobistej" i można się domyślać, że chodzi właśnie o podpaski i tampony; więc gdyby je dodać, linków byłoby oczywiście więcej).


Źródło



To jest oczywiście delikatna kwestia — tłumaczenie komuś, że nie wolno spłukiwać tamponów w toalecie, to trochę tak, jakby zasugerować tej osobie, że nie potrafi poprawnie korzystać z toalety, ale jak pokazują kampanie społeczne (organizowane zresztą nie tylko w Polsce, ale także np. w Kanadzie) najwyraźniej nie potrafimy, a przynajmniej nie do końca. Nikomu więc chyba nie zaszkodzi przejrzenie listy odpadów nienadających się do spłukiwania, zwłaszcza że za szkody spowodowane przez nie płacimy my wszyscy.
W kwestii spłukiwania tamponów i podpasek jest jeszcze ten problem, że menstruacja to w dalszym ciągu temat tabu (oczywiście mniej niż dawniej i jest coraz lepiej, ale jednak dalej nie idealnie) i mogę sobie wyobrazić, że ktoś danej osobie nigdy nie wytłumaczył, że nie powinno się tego robić — a nikt nie rodzi się z tą wiedzą. Na szczęście tabu jest coraz mniejsze, a i zasięg internetu coraz większy ;-)

Gdyby ktoś chciał ponarzekać, jak to mamy ciężko i nic nie można spłukiwać, przypominam, że identyczne zasady obowiązują np. chociażby w Ameryce Północnej, więc nie jest to jakaś ułomność polskiej kanalizacji ;-) Co więcej, są kraje, gdzie nie można spłukiwać nawet papieru toaletowego — chociażby Grecja.

Możesz się zastanawiać: skoro nie mogę wyrzucić tamponu do toalety, co niby mam z nim zrobić? (Chodzi oczywiście o sytuacje, kiedy w toalecie nie ma kosza na śmieci albo jest się u znajomych czy rodziny i wyrzucenie go do ich kosza na śmieci nie wchodzi w grę). Ja oczywiście polecam kubeczek menstruacyjny. Z nim nie ma tego problemu.

czwartek, 5 marca 2015

Poproszę naturalny kubeczek menstruacyjny.

Do tego posta zbierałam się już od dawna. Od czasu do czasu zdarza się, że ktoś odpowiada na pytanie 11, mówiąc, że kubeczek menstruacyjny powinien być jak najbardziej naturalny. Zawsze pytam wtedy, co dana osoba dokładnie ma na myśli, ale nigdy jeszcze nie udało mi się uzyskać odpowiedzi — co pokazuje, jak bezrefleksyjnie jest czasem używane to słowo. Dla potrzeb tego posta przyjmę, że "naturalny" znaczy "występujący w naturze, a nie wyprodukowany przez człowieka".

Który więc kubeczek można by uznać za najbardziej naturalny? Otóż jeśli zadajesz sobie takie pytanie, marnujesz swój czas. Nie jest istotne to, czy kubeczek jest naturalny (jakkolwiek by rozumieć to słowo), tylko czy jest higieniczny, zdrowy i bezpieczny. A czy jest higieniczny, zdrowy i bezpieczny? Tak. Więcej przeczytasz o tym na stronach o higienie i zdrowiu.

Problemy z odwoływaniem się do natury

 


Źródło: memrise.com


I tutaj dochodzimy do pierwszej bardzo istotnej kwestii: naturalny nie znaczy bezpieczny, podobnie jak syntetyczny nie znaczy groźny. Istnieje sporo tekstów na ten temat napisanych przez bardziej kompetentne w tej kwestii osoby niż ja, więc nie będę się nad tym długo rozwodzić. W dużym skrócie jednak: odwołanie do natury (ang. appeal to nature) to w kontekście zdrowia argumentowanie, że coś jest bezpieczne lub zdrowe, dlatego że jest naturalne. Jest to błąd, bo sposób pozyskania danej substancji nie jest żadnym wskaźnikiem co do jej wpływu na zdrowie. Dobrze ilustruje to ta grafika. Pokazane jest na niej na przykładach, że można podzielić substancje na 4 grupy:
  • naturalne i szkodliwe,
  • syntetyczne i szkodliwe,
  • naturalne i bezpieczne,
  • syntetyczne i bezpieczne.

Zarówno w przypadku naturalnych, jak i syntetycznych substancji można mówić o bezpieczeństwie jedynie dla konkretnej dawki danej substancji, co też jest uwzględnione w tej grafice — bo to właśnie dawka czyni truciznę.

Co ciekawe jednak, jeśli jako bezpieczeństwo rozumiemy brak ryzyka reakcji alergicznej, to często bezpieczniejsze są właśnie "syntetyki". Dobrze jest to widoczne na przykładzie kubeczków: Najbardziej naturalny materiał to lateks, z którego zrobiony jest amerykański Keeper (na rysunku poniżej) — jest pozyskiwany prosto z drzewa i nie wymaga dużego przetworzenia. Lateks jest też jednak popularnym alergenem. Silikon i TPE są już mniej naturalne (żadnego z tych materiałów nie pozyskuje się bezpośrednio z natury) i ryzyko alergii jest dużo mniejsze. W przypadku TPE MeLuny jest ono właściwie zerowe — skoro nie ma białek, to nie ma alergii (alergia to reakcja organizmu na alergen, a alergenemi są właśnie białka). Z TPE jest więc najmniejsze ryzyko reakcji alergicznej — jest zarazem najbardziej syntetyczny i najbezpieczniejszy.

Źródło



Tekst na tym rysunku to idealny przykład opisywanego przeze mnie problemu. Lateks (gum rubber) jest "natural", a silikon to groźny "synthetic manmade material". No i wszystko się zgadza, alergia jest przecież stuprocentowo naturalna. Z silikonem Twoja szansa na to piękne, naturalne doświadczenie alergii w okolicach narządów płciowych jest dużo mniejsza — a chyba nie chcesz sobie tego odmawiać?



Te przykłady nie oznaczają oczywiście, że naturalne to z kolei szkodliwe, a syntetyczne — bezpieczne. Takie myślenie też byłoby błędem logicznym, tylko że odwrotnym. Przykłady dowodzą więc tylko istnienia tych czterech grup, o których pisałam wyżej.



Druga kwestia to, gdzie kończy się naturalność, a zaczyna syntetyczność. Kto ma o tym decydować i na jakiej podstawie? Czy np. olej kokosowy jest rzeczywiście naturalny? Przecież nie występuje w naturze w takiej właśnie postaci — trzeba przetworzyć orzechy kokosowe, żeby go uzyskać. A jeśli uznamy, że jest naturalny, czy to samo można powiedzieć o frakcjonowanym oleju kokosowym? Gdzie jest granica?






Odwołanie do natury jako błąd logiczny

Jak więc widać, odwoływanie się do natury nie jest argumentem, który trzeba traktować poważnie w dyskusji. Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej o odwołaniu do natury jako błędzie logicznym, polecam np. teksty na Rational wiki i Insufferable Intolerance. (Możesz też po prostu guglować termin appeal to nature fallacy).

W polskojęzycznym internecie pisała o tym chyba tylko mal, aczkolwiek w jej poście nie spodobała mi się wzmianka o "żywności nasyconej chemikaliami" — wszystko jest chemią i chemiofobia to też nie jest nic dobrego. I może uprzedzę tutaj ewentualne pytania: tak, kubeczki to sama chemia. Co więcej, krew miesiączkowa to sama chemia! Definicja odwołania do natury jest też w polskiej Wikipedii, ale upierałabym się, że jest błędna — odwołanie do natury to nie to samo co błąd naturalistyczny,.

To w końcu jest naturalny czy nie?

Oczywiście możemy w celach czysto akademickich zastanowić się, czy gdyby naturalność kubeczka była istotna, to czy jest naturalny? Otóż moim zdaniem nie. Co więcej, tampony i podpaski też nie są naturalne. A dlaczego?
Po pierwsze, ponieważ nie występują nigdzie w naturze — materiały, z których są zrobione, też nie. Nie możemy same sobie uwić kubeczka czy tamponu z liści jakiejś rośliny ;) Najbardziej naturalnym środkiem higienicznym jest więc chyba gąbka menstruacyjna (gąbka  morska), którą sprzedaje się, o ile mi wiadomo, bez żadnego przetworzenia. Przy okazji dodam, że odradzam jej stosowanie — zarówno ona, jak i tampon wielorazowy, są porowate i zapewniają dobre warunki do rozwoju drobnoustrojów — w związku z tym nie powinno się ich używać wielokrotnie (wbrew nazwie). Nieporowate lub niskoporowate, a więc bezpieczniejsze i dużo bardziej higieniczne, są za to tworzywa sztuczne, czyli medyczny silikon i medyczny TPE.

 Po drugie, bardziej naturalne jest:
  • Pozwalanie, by krew miesiączkowa płynęła sobie, jak chce i gdzie chce. (Nawet nie na ubrania, bo one też specjalnie naturalne nie są).
  • Lub też — jeszcze bardziej naturalne — niemiesiączkowanie praktycznie wcale. W końcu antykoncepcja też nie jest naturalna, w przeciwieństwie do rozmnażania się w celu zapewniania przetrwania gatunku. Więc naturalne jest stałe bycie w ciąży lub karmienie, na przemian aż do śmierci przy którymś porodzie z kolei, najpóźniej koło 30-tki. (Bo medycyna też specjalnie naturalna nie jest).


I na koniec…

Chciałabym jeszcze zaznaczyć jedną rzecz: rozumiem, że chciałoby się wierzyć, że naturalne = bezpieczne, a syntetyczne = groźne. Świat jest szalenie skomplikowany i miło by było trochę to wszystko sobie uprościć. Niestety jednak nie ma tak dobrze. Nie ma tu żadnej prostej zasady i trzeba podchodzić krytycznie do wszystkiego, niezależnie od stopnia połączenia z naturą. Nie pytaj więc, czy coś jest naturalne — pytaj, czy jest bezpieczne, zdrowe, higieniczne, czy naprawdę działa…